skip to main |
skip to sidebar
Świt.Nie śpię już od 5 rano. Obudziło mnie ssanie w żołądeczku ,które sprawia, że nie jestem w stanie skupić się na niczym innym... Wyników jak nie było tak dalej nie ma.Dotarła do mnie jedynie informacja,że jeśli tylko opis będzie gotowy dostane go mailem.Jak dostane go mailem oczywiście o wszystkim opowiem tutaj. Trochę jednak sie niecierpliwie(jak pewnie wszyscy tu zebrani) ale nie mam na to większego wpływu więc pozostaje mi tylko wypelnić sobie czas...i sprawdzać maila co 10 min! :)Ups!Michał się przebudza.To od tego stukania w klawiature.
Wschód słońca tuż tuż.Zrywamy sie z łóżka i będziem Qi gongować. Ale najpierw opróżnię przynajmniej część lodóweczki.mniaaaaam. :)
Dr.Wiosna.Posiadówka w poczekalni przed tomografią komputerową zaliczona już wczoraj.Trzeba było tylko wypić kontrastowego drinka który w przeciwieństwie do tych w Polsce jest bardzo smaczny(bo waniliowy i słodki!) przynajmniej w pierwszym momencie.Po zaledwie kilku minutach sączenia tego czegoś przez słomkę i zderzenie się z informacją "no kochanie,jeszcze jedyne...pół litra!" biały napój wychodzi uszami a resztę chciałoby się wylać gdzieś gdzie nikt nie zauważy.
Przebrnęłam przez to dzielnie :) Szybkie skaniki,ziuuuup ziuuuuup w jedną,w drugą stronę i do domu.Wczoraj nadal zmiana czasu dawała mi się we znaki ,ale dziś jakby sił więcej,mniej ochoty na spanie więc chyba powoli jet lag zażegnany.
W południe odbyłam pierwsze po 3 miesiącach spotkanie z chirurgiem nr.1 który mnie operował.
Dr.Springfield.Sama jego obecność,ciepłe i przyjacielskie spojrzenie,spokój i zrozumienie bijące z jego twarzy powodują ,że na każdej z tych konsultacji człowiek( a w szczególności ja!) czuje się bezpiecznie.Tak.Nawet mimo wielkiego zagrożenia jakim jest rak,siedzący w którejś z części ciała.
Bostończycy dobrze wiedzą co tu się robi z tego typu żyjątkami!
Dr.Wiosna był bardzo usatysfakcjonowany tym w jakiej jestem formie,jak chodzę,jak się czuję.Kazał mi porobić kilka ciężkich( jak na mój anatomiczny ubytek) ruchów nogą i był naprawdę mile zaskoczony tym co mu zaprezentowałam.Razem na gabinetowym komputerku obejrzeliśmy skany.W bioderku nic nie odrasta(już by mi prędzej nowy talerz biodrowy wyrósł niż odwłok tego gościa co go nie lubimy),nie ma też zmian w innych narządach jamy brzusznej.Śmiesznie sobie tak szperać w żołądku.W wątrobie czy nerkach.Niezły ubaw.
Niestety w komputerowym archiwum ku naszemu zdziwieniu nie było jeszcze zawartego raportu opisującego co się dzieje w płucach.
To co usłyszałam dziś zarówno od Dr.Springfield'a jak i od dr.Chen(mistrzyni naświetlań protonowych) dosyć mnie uspokoiło(żeby nie powiedzieć że ucieszyło :) ) ale pozwólcie, że posłucham się ich zgodnych zaleceń,nie zapeszę i poczekamy,wszyscy razem,grzecznie i spokojnie aż w nasze rączki trafi dokładny opis radiologów.Tak będzie najlepiej i chyba najzdrowiej.Bez niepotrzebnych emocji,nadziei,niedajboże rozczarowań.Zgodzicie się ze mną?
To co mogę powiedzieć na chwilę obecną to to że jestem poruszona serdecznością i empatią mojego medycznego teamu.Dla pacjenta stojącego w obliczu poważnej choroby,a co za tym idzie strachu,zagubienia i rozpaczy są to wartości będące PODSTAWĄ do stworzenia zdrowej relacji Lekarz-Pacjent.Niezależnie do tego czy to jest Ameryka,Polska czy Emiraty Arabskie.Ci ludzie to moi bohaterowie.Poważnie.
Co poza tym?Ano to:
Na zdjęciu moja ulubiona apteka. Jak tylko dowiem się o wynikach,dam znać.Obiecuję!!
BRBRBR.A więc podróż okazała się o jedną noc dłuższa niż przewidywałam.1 godzinka na zmiane samotolu to zbyt mało zwłaszcza jeśli o tą godzinę opóźniony jest mój lot.Na szczęście Swiss air okazał się być na tyle prężny, że zagwarantowano nam nocleg w bardzo eleganckim hotelu gdzie mogłam porządnie odpocząć,zjeść dużo zdrowych rzeczy(niewiarygodne!!!) i następnego dnia ruszyć w dalszą podróż. Lot dłużył sie strasznie mimo przeczytanych artykułów,dokończonej książki i obejrzanego filmu.Marzyłam o tym by wygodnie sie położyć i zasnąć,więc jak tylko dotarłam do miejsca, w którym się zatrzymujemy nie mogłam oprzeć się pokusie.Odpadłam.Na dobre mi to wyszło,twardo spałam do 4 nad ranem.Poźniej troszkę się poprzewracałam z boku na bok i jakoś wytrwałam do 6.Jetlag trwa. Miłą jego stroną jest to, że mogłam przywitać się z wschodzącym słońcem.Wymieniliśmy usmiechy i idąc ramie w ramie zaczęliśmy nowy dzień. W Bostonie dosyć chłodno.Osiem stopni poniżej zera.Bliskość oceanu i tutejszy klimat sprawia jednak że odczuwalnych jest -18.Rękawiczki,szaliki,czapki i porządny krem ochronny to coś z czym narazie nie będę sie rozstawać. W poniedziałek skany,we wtorek pierwsze spotkanie z lekarzami.Dziś odpoczywamy i cieszymy się życiem.
Nawiązując do filmiku który ujrzałam dzisiaj na blożku ExGuru...Dzieci jesteście cudowne!!Dzęki Paweł.Sam wysyłasz mega dużo pozytywu!!Unosze sie do góry!
Kochani moi mili!Cali i zdrowi(no prawie!) dolecieliśmy do Bostonu.Napiszę tylko tyle bo oczka mi się same zamykają!!!Jutro skrobnę troszkę więcej!
LOT.Ostatnie 3 dni były chyba najbarwniejsze jeśli chodzi o ostatnie 12 miesięcy.Ziutek Julek przyszedł na świat(zostałam podwójną ciocią,bo w domku Marty czeka na niego Zuzia).Sis była dzielna jak braveheart.Zaimponowała mi.Właśnie wychodzę z domu.Czeka mnie lot do Bostonu.Duży znak zapytania w mojej głowie.No ale nie dramatyzuje.Po drodzę jesze wpadnę(jak to na rakatowiczkę przystało) do centrum onkologii odebrać leki.Ściskam Was bardzo mocno,trzymajcie kciuczki.Troche juz tęsknie!pau.
Książkowo.Szybko minął posylwestrowy weekend.Szybko bo wśród natury,szepczących sosen,wirujących płatków śniegu i trzech psiurasków merdających ogonkiem i jedzących ...komputery.Generalnie to co mi bardzo odpowiada(moim płuckom również).Warszawa przywitała mnie mroźnym poniedziałkiem i długim przedpołudniem w CO na Ursynowie.Długim,ale całkiem przyjemnym.Dlaczego?Za sprawą małej rzeczy jaką jest książka i termokubek z naparem z imbiru.Pobudka o 6.30,mój poranny rytuał,szybka jazda peżociną Mokotów-Ursynów,prawie jak TGV (tato ale takie bezpieczne i wolne TGV!),pobranko krwi , posiadówa na jednym z krzesełek i nurkowanie w kilkuset kartkach.Słuchajcie.To jest genialna sprawa.Recepta na całe zło związane z oczekiwaniami.Do rejestracji 10,20 czasem 30 minutowe stanie(dłuższe są chyba tylko przy pierwszym razie) mija błyskawicznie.Kolejka do danego gabinetu nie jest w ogóle irytujaca,bo przemienia się w mały odrębny światek ograniczony do grzbietu i okladki.Nagle,przestałam się spieszyć,myśleć o tysiącu innych spraw,odcięłam się od swojego Dziada niemalże całkowicie(wypierdki niestety nie zostały w miejscu gdzie siedziałam....chociaż kto wie) a cała ta literacka medytacja(bo czytanie można uznać za jej rodzaj ) sprawiła, że czułam się dość zrelaxowana,a co ważniejsze pogodna i uśmiechnięta.Olśnienie tygodnia?Niech spróbują i inni!Czy do urzędu,czy innej instytucji,a już na pewno do szpitala onkologicznego zabierzcie ludki książkę.Umilajmy sobie życie.A szarą fabrykę "zdrowia" na ul.Roentgena zamieńmy w zbiorową czytelnie.Jeśli kto zapomniał -śmiało, proszę się nie wstydzić! W głównym korytarzu są dwa stoiska ze zbiorem bardzo mądrych książek o zdrowym trybie życia,diecie,terapii Simontona i innych antyrakowych dziełach(tam też dostaniecie Antyraka!) można kupić małe co nieco.Jeśli kupować nie bardzo można,to w korytarzu w zakładzie Rehabilitacji brygada Amazonek(jak na Amazonki przystało)stworzyła Bibliotekę.Wystarczy podreptać,i sięgnąć ręką.A tu trochę o tym więcej.No i tyle.Wyniki krwi wszystkie bardzo ok.Dalej biorę SUTENT,dalej nie odczuwam żadnych efektów ubocznych tejże terapii.Nic,tylko skakać!W piątek- kierunek ->Boston.Trzeba podjąć decyzję jaki dalszy plan leczenia,jakie sugestie, jakie spostrzeżenia.Czy czekają mnie jakieś zmiany?Czy porównanie skanów w oczach amerykańskich specjalistów nie wyłoni przykrych tajemnic?Nie wiem.Raczej nie powinno.Ale sprawdzić trzeba.Tu nie ma miejsca na błąd,czy pomyłkę.Życie jesttylko jedno. :)
No to siup!Minął kolejny rok.Rok wielu wydarzeń,wzlotów i upadków,ale co ważniejsze sfinalizowany dużym uśmiechem.Kolejne dni nadpływają statkami. Czuję sie dobrze,choć niemałym wysiłkiem było patrzenie na rozmaite pyszności,słodkości,czekoladowości, których jeść nie mogę,zwłaszcza wczoraj.Zacisnęłam kły i zapiłam trzema dzbankami herbaty. Sylwestrową atrakcją stały się chińskie lampiony,które wraz z Majkelem,bratem(ja mam brata,wiecie?) i przyjaciółmi "wyprawialiśmy" w kosmiczną podróż. Cwancyk polegał na tym ,że każdy z nich był wypisany naszymi marzeniami,przemyśleniami i zoobowiązaniami na przyszły rok.Napięcie rosło wraz z upływającym czasem,a o godz. 00:00 nasze marzenia miały zostać zabrane przez wiatr. Pomysł wydawał mi się iście magiczny.Zwłaszcza gdy mój lampion pierwszy zaczął się napełniać ciepłym powietrzem....Pierwszy też się spalił(ku dziwnej konsternacji). Tiaaaa.Wiatr nie zawsze korzystnie działa na
to co robimy.ZWŁASZCZA WCZORAJ. Pozwólcie ,że nie zinterpretuje tego toku wydarzeń,dodam że drugi lampion wzbił sie ku naszej krótkiej uciesze,ale zawisł na drzewie(dzięki Bogu nie podpalając tej niewinnej rośliny). Troche niepewnie drapiąc się po głowie, wspólnymi siłami postanowiliśmy "wprawić w ruch" ostatnią czarodziejską lampkę.Chwila napięcia,śmiechu i ogromnej nadziei(to przecież nasze życzenia!) iiiiiii....udało się! Świetlista kuleczka poleciała daleko daleko. I Tak przywitaliśmy kolejny roczek.Czy minie tak szybko jak poprzedni?
Życzę Wam ludki wszystkiego dobrego! :)