poniedziałek, 27 czerwca 2011

Strasznie się cieszę, że mam to za sobą. Ładna pogoda, dużo czasu ostatnimi dniami (tygodniami!) spędzonego na świeżym powietrzu, wśród drzew i śpiewających ptaków, wyraźny jeszcze zapach piasku znad bałtyckiej plaży trochę zabrały mnie w krainę, z której nie chce się powracać do CO.
Ale, nie było tak źle. Chyba głównie za sprawą nieodstępującego mnie ostatnio na krok John'a Lennona ( tj. jego biografii ) i Lilaneko ( vel. Asix), która w te pędy zbiegła mi potowarzyszyć. Dziś było wyjątkowo dużo ludzi. Do domu wróciłam dopiero ok 17, i gdy tylko uraczyłam Kogę długim spacerem, zaległam na kanapie... aż do teraz.
Morfologię mam cacuszko (biorąc pod uwagę fakt, że 10 dni temu wpakowano we mnie parę chemicznych specyfików). Wygląda na to, że wykorzystamy fakt, iż choroba wydaje się być jako tako stabilna i poczekamy do kolejnego zabiegu chemoembolizacji (a i przy tym skanów kontrolnych) bez stosowania równoległej terapii farmakologicznej. Wiąże się to z pewnym ryzykiem, nawet nie chce myśleć jakim, dlatego to na czym postaram się teraz skupić to miękka poduszka (ba, dwie poduszki!) cisza w domu i błogi sen, którego zapewne niebawem zaznam. Ale to za chwilkę.

Ja tu sobie spisuję kolejne posty, patrzę w niebo licząc chmury i wypijam kolejne szklanki pysznych soków, a tymczasem sztab ludzi, którzy do białych kości zaciskają kciuki - co i rusz organizują nowe przedsięwzięcia. A to fuckrakowe koszulki, stające się (nawet!) częścią garderoby podczas egzaminów z onkologii (ukłon w stronę Jegomościa), rękodzieła pełne angażu, empatii i wielkiego serca stworzone właśnie w mojej sprawie (linki na dole), i (uwaga!) nadchodząca wielkimi krokami imprezka Kill Śmieciuch for ever w Warszawskim klubie Obiekt. Oczywiście wszystkie uzbierane cegiełki lecą prosto w Śmiecia ( a konkretnie zostaną przeznaczone na moje leczenie).
Linki do aukcji ( Ilona dzięki wielkie! ):
http://allegro.pl/charytatywna-szydelkowa-maskotka-myszka-i1689644301.html
http://allegro.pl/charytatywna-szydelkowa-maskotka-myszka-i1679671816.html
http://allegro.pl/charytatywna-szydelkowa-maskotka-myszka-i1671244021.html

Ludki bardzo Wam za to dziękuję, nie zdajecie sobie sprawy jak dużo to dla mnie znaczy. Poważnie. Teraz spać. Potrzebuję. Mua mua!
Na śniadanie przyszło mi wypić szklankę ciepłej wody, a to za sprawą morfologii, którą kontrolnie mam dziś zrobić. Dzień z czaszki. Nie łudzę się nawet, że wszystko pójdzie gadko i szybko. Plan na dziś -> posiadówka na jednym z korytarzy warszawskiego CO. Acha. No i konsultacja. Rzecz jasna. Szkoda, że nie mogę zabrać psa.
:)

piątek, 24 czerwca 2011

Życie jest ciężkie. Ale gdyby było inaczej proste rzeczy nie cieszyły by tak bardzo.
Obudziłam się dziś z wielką ochotą na świeży sok pomarańczowy. Po 20 minutach leżenia bez ruchu otrząsnęłam się ze złudzeń, że ktoś mi go przyniesie na srebrnej tacy z leżącym obok croissant'em więc zebrałam cztery litery, przywdziałam swój wyjściowo weekendowy dresik, psa wzięłam na smycz i podreptałam w stronę bazarku. Zamiast świeżej francuskiej bułeczki do brzucha trafiło równie świeże i pyszne, wiejskie jajko, ale to już nie miało większego znaczenia.
Lubię zaczynać dzień koncentrując się na rzeczach małych. Pamiętając by wytarmosić koty domagające się jedzenia. By  przeciągnąć się kilka razy i poczuć jak wielką przyjemność mi to sprawia. By wyjrzeć za okno i poczuć ciepło wschodzącego słońca. Każdy z takich elementów buduje wartość mojego codziennego życia. I to jest takie miłe odhaczać i spisywać w wirtualnym zeszycie wszystko co sprawia, że się uśmiecham.

Od dwóch dni jest mi " w środku" dobrze. Doskonale sobie zdaje sprawę, że jest to efekt ostatniej wizyty u psychologa i odbytych tam ćwiczeń.  Miesiąc temu w obliczu całej sytuacji związanej z progresją podjęłam decyzję o skorzystaniu z tego rodzaju pomocy. Czasem lubię zmuszać się do rozmów w tym klimacie. Mobilizować się do dokładnego scharakteryzowania swojego stanu emocjonalnego, zdefiniowania odczuć i określenia "gdzie" w danym momencie się znajduję. Wtedy czuję, że się rozwijam w postrzeganiu siebie, świata, choroby i wszystkiego co staje na mojej drodze. A to jest dla mnie niezwykle ważne.
I tak sobie stąpam po ciepłej ziemi. Rozglądając się wokół, odwzajemniając uśmiech napotykanych co i rusz ludzi. Mierząc się z różnymi myślami i szukając światła w tej mojej codzienności.

W poniedziałek jadę do CO. Chcę zrobić burzę mózgów z każdym z opiekujących się mną lekarzy. Jeden działa właśnie tam. Do poniedziałku jeszcze jednak trochę, więc odkładam tę sprawę na półkę i dalej cieszę się długim, spokojnym i słonecznym (wbrew wszystkim prognozom) weekendem.

 

wtorek, 21 czerwca 2011

Nie wiem czy jest to kwestia szalejącego ciśnienia, ostatniego zabiegu, czy może faktu, że od powrotu ze Stanów ani razu nie spałam głębokim snem, ale... dziwnie jest przeganiać w ilości przesypianych godzin nawet moje koty. Śpiąca jestem przeokrutnie. Oprócz zwolnionego tempa życia, łóżko mnie wzywa nawet w ciągu dnia. Strasznie się cieszę, że ani przez sekundę nie muszę z tym walczyć.
Wczoraj do domu wróciła Koga. Od jakiegoś czasu była na fantastycznych wakacjach u rodziców, dlatego sierść w całym domu, porozrzucane jedzenie w prawie całej kuchni i sapiący nosek koło mojego ucha stał się powodem dużej radości.
Nadal się czuję trochę "out of space". Troszkę jakbym odbijała się od ściany do ściany, nie wiedząc co teraz... Tzn. w zasadzie wiem co teraz, ale chyba najzwyczajniej w świecie muszę się porządnie dobudzić. Ale najpierw wyspać. Tak za 2 ostatnie zwariowane miesiące. :)

niedziela, 19 czerwca 2011


Totalnie zachciało mi się stronić od komputera. Tak przez chwilkę chociaż. Przez ostatnie 4 tygodnie byłam zawalona taką ilością maili ( głównie "szpitalnych" ) i kontaktami z ludźmi, którzy chcąc pomóc pociągali za różne kolorowe sznurki, wspierali słowem i myślą, że po powrocie należał mi się jakiś mały detoks.
Czuję się bardzo dobrze. Efektów ubocznych po zabiegu prawie nie miałam. Przez tą wielka falę emocji i ekscytacji ostatnimi wydarzeniami, zaliczyłam nieprzespane 3 noce, co chyba było najrealniejszą przyczyną zwolnionego tempa wszelkich wykonywanych przeze mnie ruchów. Jak Żółw Ninja. W trakcie siesty.

W głowie powolutku klaruje się jakiś plan działania. Stabilizacja zmian w węzłach chłonnych daje mi trochę czasu na dalsze szukanie najwłaściwszych opcji leczenia, ale nie chciałabym żeby stała się również przyczyną lekceważenia problemu. Nie będę oszczędzać Wsiura. Zbombardujemy go na wszelkie możliwe sposoby.
Przedtem jednak przytulę koty, wtulę się w kanapę, zamknę oczy i jeszcze raz szeroko się uśmiechnę.

wtorek, 14 czerwca 2011

Whoooooaaa!


Na wyniki czekałam aż do 18.00. I choć szłam do szpitala z trzęsącymi się nogami, tuż przed zabiegiem i całodniową procedurą ogarnął mnie spokój. Już nic nie zmienię - pomyślałam - może nie będzie tak źle.
Zabieg bolał potwornie. Naprężając całe ciało starałam się nie ruszać, co średnio mi wychodziło. O jedno nakłucie więcej, a dr. Vogl miałby śliwkę pod okiem. Taką bez ceregieli. Prosto z łokcia.
Wszystko poszło jednak sprawnie. Później znów musiałam leżeć bez ruchu przez kilka godzin, po czym zrobiono mi kolejne, kontrolne CT i zaprowadzono na pogaduchy z Doktorem.
Wyniki?
Co najważniejsze - śródpiersiowe węzły chłonne mam stabilne ( aaaaaaaaaaa !!!!! ). Rosnące - stanowiłby największe zagrożenie dla mojego zdrowia - mogłyby być powodem sporych problemów z oddychaniem. W płucach część maleńkich guzków tyci tyci urosła (dosłownie odrobinę) ale ich umiejscowienie i rozmiar nie stanowią zagrożenia. Do tego dr. V. skupił się dzisiaj właśnie na nich i wpuścił gdzie trzeba kilka fiolek magicznej chemii.
Czego się najbardziej (mega strasznie) bałam - głowę i mózg mam czysty ( aaaaaaa !!!!! ).
Mój typ nowotworu lubi szybko się przerzucać do płuc i właśnie mózgu. Dlatego kontrolne badanie głowy powinno robić się co najmniej raz na rok. Ja ostatnie miałam 2 lata temu. Do tego hardcorowe bóle głowy po powrocie ze Stanów przywoływały różne scenariusze. Fantazja w takich chwilach szaleje. Bardzo się cieszę, że zostały rozwiane wszelkie wątpliwości.

Wydaje się, że na chwilę założyłam Zasrańcowi kaganiec. Kolejny etap - epickie skopanie mu dupy. Nie odpuszczę - obiecuję. :)

Kochani jestem taka szczęśliwa. Strach przynosi ze sobą różne wizje. I choć takie zazwyczaj ucinam, odganiam i kasuję - część dotyka mojej podświadomości. Dziś Wszechświat podsunął pod nos źródełko z nadzieją i siłą na kolejne dni, tygodnie, miesiące. Ba, nawet i lata.
Jutro wracam do domu.

Całuję Was mocno, każdego z osobna, dziękuję za masę komentarzy i ten jeden szczególny...
I dziękuję swojemu Bratu, który był przy mnie, a teraz śpi obok. :)
Kiss you all w nosek.
Mocno sentymentalne sny i niepokój nie dały mi dziś zasnąć. Całą noc przewracałam się z boku na bok.
Przytrzymajcie dziś mocno kciuki. Za 3 godziny będę musiała stawić się w szpitalu na kolejny zabieg chemoembolizacji. Do ręki dostanę też wyniki i będzie wiadomo na czym stoję. Trochę jak być albo nie być. Dobrze, że brat przy boku...