Mijają dni.
Mijają dni a we mnie coraz więcej spokoju.Nie wiem skąd.Ale całkiem mi z nim dobrze.Cały czas pracuję nad swoją duchową i energetyczną sferą życia.Cisza jest bardzo przy tym pomocna.Od rana dudniące o parapet krople deszczu wprowadzają w domu senny nastrój.Koty chętnie z tego korzystają.Nawet Buks-poeta (pies mojej sis) nie przeszkadza im w tym żeby pozwijać się w puchate kłębki.A ja leżę i myślę.Ale nie za dużo.No bo po co?Kolejny raz dochodzę do wniosku jak fajnie jest osiągnąć stan,w którym cieszę się z tego co mam-tu i teraz.Z tego kim jestem,co czuję,jakich mam przyjaciół i ile w teraźniejszym życiu miłych rzeczy mnie spotyka!Gesty wielkich osobistości,sylwetek które dla wielu stały sie niezapomnianym autorytetem-ich zainteresowanie moją historią jest czymś wielkim!I równie ważnym jak Wasze wsparcie...Może właśnie po to są choroby.By zaznawać tych miłych rzeczy.By rodzinne więzi były tysiąc razy mocniejsze.By głośno mówić o tym, o czym nigdy się nie wspominało.By móc uwierzyć w ludzi.I wierzyć w nich już zawsze.By cieszyć się z przelatującego nisko samolotu.By być sobą.By robić to czego potrzebujemy-a może potrzebowaliśmy od bardzo dawna?By uśmiechać się na widok tęczy nad warszawskim Żolkiem.By spotykać się z przyjaciółmi których nie widziało się od dwóch,czy dziesięciu lat.By śmiać się z Retrivera niosącego w pysku siatkę kajzerek.By dostrzegać w życiu to co niesie radość.I tej radości się poddawać.Poddaję sie jej bez namysłu...I odlatuję :)









