I znów dobre wiatry pomogły dotrzeć do Bostonu.Podróż nie sprawiła mi najmniejszego problemu. Z wielką ulgą porównywałam ją do tej poprzedniej. Duża część lotów była dziś odwołana z powodu niekorzystnej pogody. Ja jednak miałam szczęście. Jak zwykle.
Wstałam dosyć wcześnie, żeby pozałatwiać wszystkie sprawy w NIH. Morfologia, konsultacja, dokładne omówienie z lekarzami pierwszych dwóch tygodni leczenia, odbiór leków, wyrobienie karty identyfikacyjnej pacjenta, ułożenie planu na przyszłą kontrolę - wszystko to skrupulatnie połączone jest z masą dokumentów do wypełnienia.
Wyniki morfologii mam bardzo dobre, jestem zachwycona pracą i reakcją mojego organizmu.
Lekarze trochę zaskoczeni, że wszystkie efekty uboczne "odpuściły" po pierwszych 10 dniach.
Nie chcę wiedzieć co przeżywają inni pacjenci objęci tym samym badaniem, skoro tak bardzo ich to zdumiewa. Jest się z czego cieszyć, mam nadzieję, że stan rzeczy szybko się nie zmieni.
Trochę zmartwiła mnie informacja o comiesięcznych kontrolach które będę musiała odbywać w przyszłości. Wynikło jakieś totalne nieporozumienie, bo koordynatorka, która się mną opiekuje 2 tygodnie temu mówiła co innego. Muszę dokładnie to wszystko wyjaśnić.
Minęło 14 dni terapii. Jeszcze 42 do zakończenia drugiego cyklu. Ach jej. Dużo. Ale ile to jest w obliczu całego życia?