poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Ależ pięknie dziś było! Słonko jest fajurskie. I wszystko co się razem z tym słonkiem robi. Najbliższe dni zapowiadają się pracowicie ale i bardzo ciekawie. Czasem myślę, że siedzę na tratwie z największym żaglem świata. Wiatr sprzyja, prądy niosą w odpowiednim kierunku. Parę napotkanych osób pomaga otworzyć drzwi do świata, który mam wrażenie czekał na mnie od zawsze.
Uśmiecham się do Was wszystkich.
Kisss!

środa, 13 kwietnia 2011

Dochodzę do wniosku, że cholernie ciężkim zadaniem jest pogodzenie dwóch światów w jakich przyszło mi żyć. Pierwszy, znany nam wszystkim, gdzie człowiek lubi mieć kontrolę nad absolutnie każdym szczegółem i możliwość decyzyjności. Gdzie nasze pomysły i plany chcemy aby weszły w życie, a na plecach nosimy wielki wór oczekiwań wobec kolejnych dni. Drugi świat, świat choroby, czy raczej powrotu do zdrowia. Świat comiesięcznych kontroli, świat troski o dietę, kondycję organizmu. Kraina leków, suplementów i skrupulatności w wypełnianiu obowiązków pacjenta.
Czasem czuję się jak między młotem a kowadłem. Na moje barki spada dwa razy więcej spraw o których należy pamiętać, dwa razy więcej myśli - czasu, wciąż tyle samo. Doba cały czas ma 24 godziny, a godzina 60 minut. Naprawdę z całych sił staram się to wszystko połączyć, zazębić w jedną sensowną całość. Moje ciało i umysł staje się pomostem, między odległymi brzegami. Odległymi - bo coraz częściej odnoszę wrażenie, że wg. przyjętych przez nas stereotypów, można być tu białym albo czarnym. Chorym i bezużytecznym albo zdrowym i bez słabych punktów.
Ja jestem chora, ale zdrowa. Silna... ale pełna niedoskonałości. Nie chcę być inna. Tak jest mi dobrze, gdziekolwiek bym nie zmierzała. A wiadomo w jakim kierunku biegnę.
Mimo wszystko - jest fajnie. Mogłoby być przecież znacznie znacznie gorzej. trzymam sie tej myśli jak tonący brzytwy.

Zbliża się koniec kwietnia. Słuchajcie. Stało się tak, że w tym roku też potrzebuję Waszego wsparcia.
Zostało jeszcze kilka dni aby rozliczyć swoje PIT'y. Można tam przeznaczyć 1 % na moje leczenie i wszystkie wydatki z tym związane .
Bardzo tego potrzebuję. Prosiłam Was już o tak wiele, i tak wiele Wam zawdzięczam. Ale jeśli tylko znaleźlibyście chwilę, roześlijcie w świat wieści, że jest taka jedna świruska, z jakimś syfem na płucach co bardzo chce jej się żyć. Tak bardzo bardzo. I, że marzy o tym, by jej rodzina, najbliżsi, przyjaciele (dobra - dorzucę psa i koty) mogli spać spokojnie. Bo ona wie, że będzie dobrze. Jakimś sposobem, ale będzie.
Teraz pomedytuję. Wyślę Wam Światełko.

Dzis urodziny mojej najkochańszej sis. Ślę całusa w jej kierunku!

wtorek, 12 kwietnia 2011


Ten tydzień zaczął się totalnym przeciwieństwem do poprzedniego. Nie dość, że moje ciało jest troszkę bez prądu to wkradł mi się w codzienność znacznych rozmiarów śpioch. Najprawdopodobniej szalejące od Cediranibu hormony ciągną mnie do łóżka, ale niestety cierpią na tym zaległości szkolne. No ale nic za wszelką cenę. Staram się codziennie zrobić chociaż małą porcję zadań, tak żeby sumienie było w miarę czyste.
A więc moi drodzy, przyszło mi powrócić na Żoliborskie rewiry. Moje aktualne cztary kąty, wypełnione są światłem, na stole kwitnie bukiet tulipków, który dostałam od rodziców, Koga na moim łóżku, Koty na Kodze - czyli wszystko gra.
Z początku czułam się tu trochę samotnie, nieswojo. To nowy etap w moim życiu, coś zupełnie świeżego. Z każdym jednak dniem, przyzwyczajam się do tego ruchu.
Czas leci niepostrzeżenie. Już za 2 tygodnie ważne skany w NIH, ciekawam, co tym razem usłyszymy.

czwartek, 7 kwietnia 2011


Słowami mojej siostry, tempo mojego życia w tym tygodniu przypomina tempo speede Gonzales'a.
Nie dość, że udało mi się złapać dorywczą pracę, związaną z kierunkiem w jakim się kształcę ( i to jest takie ekscytujące!) to jeszcze na głowę spadła przeprowadzka. Dodajmy do tego studia i wciąż nienadrobione 2 - miesięczne zaległości i mamy mieszankę bynajmniej wybuchową.
Żegnam mokotowskie cztery kąty. Zostawiam meble przesiąknięte 2 letnimi wydarzeniami, przenoszę się w miejsce bliższe mojemu sercu, pełne wspomnień sprzed diagnozy. Słoneczny, zielony Żoliborz. Bliżej siostry, rodziców, przyjaciół. Zobaczymy czy sobie poradzę.
Niebo zesłało mi kilku zaprzyjaźnionych osiłków, na czele których stanął mój brat bliźniak vel Kodzi. Dziwnie nie będzie mieć go "za ścianą". On i jego Dama serca, bardzo mi pomogli przez ostatni rok, kiedy to trzeba było wesprzeć obecnością, ramieniem i rozmową na samodzielnej i samotnej ścieżce życia.
Dziś więc wielki dzień. Poza tym wydaje się, że wiele projektów, pomysłów siedzących w głowie - w końcu uda mi się wdrożyć w życie. Mój czas dzielony jest na milion aspektów dnia, ale móc mieć tego poczucie - bezcenne. Zmiany zawsze są dobre. Nie zawsze rozumiemy to od razu, ale wierzę, że każda z nich ma swój powód.
Zwierzaki lekko poruszone rosnącym stosem pudeł w moim pokoju. Koga nie opuszcza mnie na krok, koty bacznie obserwują co się dzieje...

Dziś miałam dziwny sen. Śniło mi się, że stwierdzono u mnie progres choroby, na tyle agresywny, że zaniechano leczenia. Wizję tą pakuję w jeden z tysiąca worów z niepotrzebnymi papierami i wrzucam do mokotowskiego kosza na śmieci.
Niedługo przepisy, zdrowe smakowitości i fajne pomysły. Poczekacie jeszcze chwilkę?
Ściskam Was mocno kochani!

czwartek, 31 marca 2011

Mam wrażenie, że cierpię na chroniczne niedospanie. Te wariackie podróże mogą mnie w przyszłości lekko nadwyrężyć, ale póki co, bez wyrzutów sumienia wszystko nadrabiam drzemkami w ciągu dnia.
Szczęśliwie wylądowałam, zdążyłam już troszkę odsapnąć (ale tak tylko troszkę).
Rzeczy, którymi się aktualnie zajmuję mam co nie miara. Moje życie nabiera coraz większego tempa co jest wspaniałe, ale i może stać się niebezpieczne. Grunt - przypatrywać się temu uważnie, pilnować sygnałów wysyłanych przez ciało. Póki nie zapali się bynajmniej żółte światło, mogę korzystać z pięknej pogody i poddawać się nurtowi tysiąca pomysłów siedzących w głowie.
Przyjemne to bardzo.
Jutro Kwiecień wedrze się do kalendarza. Coś czuję, że to będzie dobry miesiąc.

wtorek, 29 marca 2011

Siedzę właśnie na lotnisku Washington Dulles i nie mogę przestać myśleć o tym jak miło będzie położyć się w łóżeczku. Jeszcze jedynie 15 godzin... Potwornie chce mi się spać, może dlatego, że w Polsze już północ.
Wszystkie kontrolne badania poszły gładko, wyniki w normie. Kontrola bardziej pro forma, by sprawdzić czy wszystkie organy w środku dają radę.Dają.
Odebrałąm kolejną porcję leków i ulotniłam się z kliniki.
Wniosek jeden. Organizm mam silny jak diabli.
Lubię takie podsumowania.

poniedziałek, 28 marca 2011


I minął miesiąc. Miesiąc od ostatniej wizyty w NIH. Dziś rano zwlekłam się z łóżka, niechętnie rozstając się z wtulonymi kotami. Szybki prysznic, pakowanie trochę na oślep, paszport, książka, portfel, komputer i legitymacja kliniki. Bez niej ani rusz.
Kodzi (mój extra brat bliźniak) odwiózł mnie na lotnisko, a ja półprzytomna podreptałam do wyznaczonej "bramki".
Ależ mi się nie chciało. Nic. Jak od 3 tygodni miałam podejrzane i bynajmniej dziwne problemy ze snem, to dziś marzyłam o tym by zostać długo pod ciepłą kołderką. No dziś nie da rady.
Siedzę właśnie na lotnisku Heathrow i wspominam całkiem miły weekend. Trochę pracy na szkolnymi projektami, koncert Jacy Lachowicza i jego nowej płyty dostępnej w internecie (http://microshop.pl/lachowicz.html) czaderskie spotkania z paczką znajomych były bardzo miłym akcentem minionego tygodnia.
Teraz czekają mnie 3 dni podróży do innego świata. Kosmos.

Trzymajcie się ciepło. buź!